Wreszcie przeczytałem opowiadania (niech żyją podróże tramwajem Podgórze - Nowa Huta i z powrotem). Rzekłbym, że pismo trzyma poziom, choć tym razem żadne opowiadanie nie porwało mnie jak Ford w poprzednim numerze.
Ted Kosmatka, Sztuka alchemii - niestety, dla mnie to największe rozczarowanie numeru. Przez pierwszych kilka akapitów czułem się szczęśliwy - oto klasyczna w tonie sf, z pomysłem naukowo - technicznym, z z opisami mechaniki, a wszystko w niedalekiej przyszłości - ba, może nawet
teraz? Niestety, potencjał zalewa i miażdży miałkość i banalność fabuły, tudzież zasuwających po niej ku sztampowemu finałowi postaci. Ostatnio co i rusz słyszałem gdzieś jaki ten Kosmatka fajny, tymczasem w tym opowiadaniu pokazał się jako twórca scenariuszy do filmów klasy D, puszczanych przez marne telewizje w środku nocy. Szkoda.
Christopher Rowe, Słowo mapa znaczy wiara - już tytuł mnie uwiódł, bo uświadomił, że tak właśnie jest, że mapy są trochę jak święte księgi, ba mocniejsze nawet, bo przecież, gdy dostajemy je wierzymy im i ufamy bez reszty. I sam ten tytuł kazał mi się zastanowić nad innymi jeszcze prawie niezauważalnymi pozareligijnymi przecież objawami istnienia wiary w moim życiu. A gdy się już nazastanawiałem, przeszedłem poza tytuł i byłem bardzo zadowolony z lektury. Tym bardziej, że lubię, gdy autorowi uda się mnie oszukać, a temu się udało. Bo kiedy już wszystko sobie odnośnie tego tekstu poukładałem, kiedy sklasyfikowałem go i uznałem, że wiem o co chodzi, przyszła końcówka. Niespodziewanie, wbrew temu, czego się spodziewałem, okazało się, że przeczytałem najlepsze - moim zdaniem - opowiadanie numeru.
Yoon Ha Lee, Kości olbrzymów - Kolejny tekst, który przypadł mi do gustu - kreacją świata, sposobem narracji i budowaniem postaci. Może nie jest to arcydzieło, ale świat i historia wciągnęły mnie, niemal widziałem te ciemne, zimne bezdroża. Musiałem zadać sobie kilka pytań odnośnie zastanego w opowiadaniu świata, dopowiedzieć sobie kilka rzeczy. Całość brzmi trochę jak baśń. Silverberg napisałby to pewnie lepiej, a Żelazny zrobiłby z tego arcydziełko pod względem klimatu. Ale nie każdy jest Silverbergiem, czy Żelaznym i może dobrze.
George R.R. Martin, A w tunelach panował mrok - przydałoby się umieszczać przy tekstach daty premierowych publikacji opowiadań. To mogłoby ukazać się w latach 60 i w 70 i 80... Brzmi jak superklasyczny tekst SF i chętnie dowiedziałbym się kiedy powstało. Bardzo smutny, tak w ocenie ludzkości, jak i naszych szans, tekst. Mógłbym sie powymądrzać bardziej, gdybym znał datę powstania.
Paolo Bacigalupi, Kaloryk - Kolejny autor, o którym słyszałem dużo dobrego, a który napisał opowiadanie toczka w toczkę o tym samym, co Kosmatka. Czy oni tam w Usach cały czas przerabiają lęk przed korporacjami? Przez tyle lat? I nie mogą wyjść poza schemat:
SNAPE KILLS DUMBLEDORE!!!
"wielka korporacja ma macki sięgające wszędzie, ale spryt chłopka roztropka/geniusz mistrza/trochę szczęścia zawsze sprawi, że pomimo przeciwności jakoś nam się uda je przechytrzyć, bo wredne korporacje są głupie jak smoki, trolle i olbrzymy niegdyś?
. Szczęście, że Bacigalupi wytłumił trochę kiepskie wrażenie zręcznie a interesująco - i z szczegółem i z ogółem splecionymi ze sobą - odmalowanym światem, świetnie ukazującym możliwość rozwinięcia się wcale nie tak dalekiego, pozbawionego niemal większości źródeł energii świata. A że i tworzenie postaci wyszło mu o trzy nieba lepiej niż Kosmatce, jego opowiadanie nie okazało się kompletną klęską, a nawet dałbym mu drugie miejsce w numerze. Ma chłop talent. A ja mam nadzieję, że stać go także na wymyślanie oryginalniejszych intryg.
Kelly Link, Światło - odbiłem się od tego tekstu jak odbijam się od metalu z lat osiemdziesiątych. Zagryzając zęby przebiłem się jakoś przez konstrukcje stylistyczne Link, wytrzymałem z jej odstręczającą bohaterką do ostatniego akapitu, w którym przebłysło w niej źdźbło człowieczeństwa wykraczającego poza "muszę mieć co jeść i za co chlać". Ale nic to nie pomogło mojemu odbiorowi tego opowiadania. Są tacy, którzy uważają, że fantastyka powinna nieść koncepcję, lub przynajmniej przygodę, ale nie powinna poprzestawać na obyczaju i ja do nich należę. Są i tacy, którzy uważają, że koncepcja, a nawet fantastyczność powinny ustąpić obyczajowi, jeśli sprawnie napisany - to Matuszek. Nie zgadzałem się z nim w NF i nie zgadzam tutaj. A do tego nie lubię tej anegdotycznej metody prowadzenia narracji, jaką zaserwowała Link, z miejsca znielubiłem bohaterkę i narratorkę, jedyne więc co mogłoby mnie w tym opowiadaniu ująć to jego fantastyczność. A tu masz! - fantastyka jest temu opowiadaniu zupełnie niepotrzebna. Gdyby toczyło się np. w Nowy Orleanie (przed Katriną) w domu opieki społecznej dla osób dotkniętych amnezją, nic istotnego by się w nim nie zmieniło. F&SF, proszę, nie idź tą drogą.
Garth Nix, W głębinach jeziora - niezły średniak - ani mnie nie poruszył, ani nie oburzył. Niemniej, opowiadanie zaciekawiło kolejną wizją najbardziej chyba wykorzystywanej w fantastyce legendy. Wizja sięgnęła - w wielu tego słowa znaczeniach

- głębiej, pozwalając poznać tło historii z perspektywy jeszcze jednej osoby. Fajnie.